Jesteś tutaj

Pół wieku walki o przetrwanie

Okupacja, a następnie lata 1945 - 1989 to trudny czas dla rodzimego handlu, podobnie jak całej przedsiębiorczości. Szczególnie silna walka rządzących z tzw. wrogiem klasowym toczyła się bowiem na polu gospodarczym. Rozpoczęła się kilka lat po wojnie, kiedy nowa władza z bezwzględnością uderzyła we wszelkie przejawy własności prywatnej. Z czasem nieco poluzowała kaganiec i pozwoliła otwierać drobne firmy, w tym sklepy. Niemniej stanowiły one jedynie namiastkę prawdziwego biznesu.

Niespełna dwa lata po zakończeniu działań wojennych w kwietniu 1947 r., podczas posiedzenia plenum KC PPR, Hilary Minc, ówczesny minister przemysłu i handlu, ostro zaatakował sektor prywatny i spółdzielczy, jako przechwytujący dochody należne państwu. Następnie wszem i wobec ogłosił tzw. wojnę o handel, tworząc i wdrażając gospodarczy model na użytek „polskiej demokracji ludowej”. Realizacja jego absurdalnej wizji sprowadziła się do prześladowań tysięcy ludzi oraz likwidacji nie tylko własności prywatnej, ale w dużej mierze także spółdzielczej. W latach 1947-1949 liczba przedsiębiorstw i sklepów prywatnych spadła o ponad połowę.

Państwo całkowicie podporządkowało sobie rynek. Znacjonalizowało firmy i wprowadziło księżycowe zasady życia gospodarczego, zaprzeczające zdrowemu rozsądkowi. Zapanował etatyzm. O każdym ekonomicznym posunięciu decydowała partia, aby „socjalizm w końcu opanował żywioł niesprawiedliwości kapitalistycznej”. Nawet proponowane przez PPS przejście środków produkcji na własność spółdzielni Hilary Minc uznał za „wsteczne” jako przejaw rewizjonizmu, przekonując że „założenia marksizmu zawsze definiowały uspołecznienie środków produkcji jako ich upaństwowienie”. Fakt, iż zdanie z gruntu brzmiało nielogicznie, nikomu nie przeszkadzało. Ideologia zastąpiła zdrowy rozsądek.

Sklepy prywatne miały zostać zastąpione przez sieć Państwowych Domów Towarowych. W czerwca 1947 r. sejm uchwalił trzy ustawy o: zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków w obrocie handlowym, obywatelskich komisjach podatkowych i lustratorach społecznych, a także zezwoleniach na prowadzenie przedsiębiorstw handlowych i budowlanych. Po wejściu w życie nowego prawa każdy właściciel sklepu mógł być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Groziło mu 5 lat więzienia i wysoka grzywna za nakładanie zbyt wygórowanych – oczywiście zdaniem reżimu – cen. Ich „kształtowaniem” zajmowało się Biuro Cen, które ustalało poziom marż sklepowych, natomiast „socjalizowaniem rynku” zajęła się Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Poszła krok dalej niż Biuro Cen – narzuciła stałe ceny na towary. Miała charakter wręcz prześladowczy. Jeśli uznała, że przedsiębiorca zadeklarował dochody niższe od rzeczywistych lub oczekiwanych – mogła orzec zesłanie „winnego” do obozu pracy i zarządzić konfiskatę towaru. Stosowała również tzw. domiary, czyli nakładanie dodatkowych podatków przez urzędy skarbowe.

Na efekty drakońskiego prawa nie trzeba było długo czekać. Urzędnicy robili co chcieli: nakładane domiary, a ceny produktów obliczane były według ich własnego uznania, nie poparte żadnymi logicznymi wyliczeniami. Ludzie masowo tracili źródło utrzymania. Przez zaledwie dwa lata liczba przedsiębiorstw prywatnych w handlu detalicznym spadła ze 131 tys. do 58 tys., zaś w handlu hurtowym z 3,3 tys. do 1,1 tys. Prawdziwej skali dewastacji polskiej przedsiębiorczości, dokonanej w ramach „wojny o handel” nie da się uczciwie ocenić bez uwzględnienia dramatu setek tysięcy osób, dla których starcie z komunistycznym aparatem władzy wiązało się nie tylko z utratą całego majątku, ale często zdrowia, a nawet życia. Wielu przedsiębiorców, którzy przetrwali niemiecką okupację, walki z polskim reżimem już nie przetrwało. Wolę prowadzenia własnego – często rodzinnego od pokoleń -  przedsiębiorstwa przypłacili życiem lub wieloletnim więzieniem

Wojna o handel trwała do 1950 r. Po śmierci Bolesława Bieruta, a następnie wydarzeniach poznańskiego Czerwca 1956 r. władze stopniowo dochodziły do wniosku, że dłużej tak rządzić się nie da. Kolejne plany pięcioletnie „zakładały i realizowały” nieco więcej dla ludzi. Gomułkowska odwilż zapanowała także w sklepach, gdzie towary konsumpcyjne pojawiły się na szerszą skalę. Handel zaczął lepiej wyglądać a jego oferta wzbogacała się. Odradzała się handlowa spółdzielczość. Jednak nadal daleko było do normalności.

Sam I. Sekretarz PZPR Władysław Gomułka podwyżki cen artykułów pierwszej potrzeby osładzał stwierdzeniami typu: wprawdzie chleb i cukier zdrożały, ale lokomotywy potaniały. Na uwagi, iż w sklepach nie ma cytryn, ripostował że kiszona kapusta zawiera dwa razy więcej witaminy C. Ludzie po cichu dopowiadali sobie – to niech tę kapustę wciśnie i wypije z herbatą. 

Nadal brakowało wszystkiego. Nie mogło być jednak inaczej w gospodarce permanentnego niedoboru, kiedy o produkcji decydował nie rynek, ale urzędnik zza biurka. W dodatku liczyły się nakłady, a nie efekty. Stąd ożywienie gospodarcze II połowy lat 50. wkrótce stało się odległym wspomnieniem. Gospodarka, w tym handel, znowu podupadły. Władza postanowiła znaleźć winowajców. I szybko znalazła.

Zaczęło się od donosu do Komitetu Partii o nadużyciach w handlu mięsem – układach, łapówkach, lewych fakturach, kradzieżach, zamianie towaru, itd. W połowie 1964 r. powołano specjalną komisję, która miała wykryć sprawców i zebrać dowody ich winy. Na efekty jej pracy nie trzeba było długo czekać. Aresztowano ok. 400 osób, a głównym oskarżonym został  Stanisław Wawrzecki, dyrektor warszawskiego Miejskiego Handlu Mięsem. Proces miał  wskazać kozły ofiarne - winnych braku mięsa w kraju – a następnie przykładnie ich ukarać. Tym samym  tuszował gospodarcze nieudolności władzy i systemu.

Sprawa toczyła się w trybie doraźnym, przewidzianym dekretem PKWN (co było niezgodne z konstytucją). Za zarzucane przestępstwa w zwykłym trybie groziło najwyżej 5 lat więzienia, ale w trybie doraźnym karę można było nadzwyczajnie zaostrzyć, a od wyroku nie przysługiwało odwołanie. W procesie ujawniono, że oskarżeni przyjęli od kierowników sklepów 9 mln zł. Stanisław Wawrzecki przyznał się jedynie do przyjmowania łapówek od kierowników sklepów mięsnych, ale nie do przywłaszczania mienia sklepowego, o co oskarżył go prokurator.

2 lutego 1965 r. zapadł wyrok. Stanisława Wawrzeckiego skazano na karę śmierci (wykonano ją półtora miesiąca później). 4 dyrektorów skazano na dożywocie, pozostali otrzymali wyrok od 9 do 12 lat pozbawienia wolności, orzeczono również przepadek mienia i wysokie grzywny. Skonfiskowano także mienie rodzin oskarżonych. Stanisław Wawrzecki jako jedyny w Polsce został skazany na karę śmierci za przestępstwo gospodarcze, chociaż jego wina była niewspółmierna do wyroku. O sprawie do dzisiaj mówi się jako jednej z największych zbrodni sądowych PRL. W 2004 r. Sąd Najwyższy uchylił wyroki tzw. afery mięsnej. Uznał, że zapadły z naruszeniem prawa.

Polska Ludowa najpierw rodziła patologie, a następnie z nimi wytrwale walczyła. Handel nie był wyjątkiem. Gdy wszystkiego brakowało, rozwijał się drugi obieg, czarny rynek, handel bazarowy. Towary kupowano „spod lady” lub „z tyłu sklepu”. Dla kasty rządzącej rozwijały się sklepy za żółtymi firkami. Oficjalnie nazywano je konsumami. Organizowane od lat 50. przy Komitecie Centralnym i komitetach wojewódzkich placówki dla wybranych szczególnie obficie zaopatrywane były podczas dekady Gierka. Jak pisano w poufnych analizach – stały formą swoistej łapówki dla przedstawicieli władzy. W latach 70. konsumy zaczęły powstawać w niektórych zakładach pracy. Zakupy mogli robić tylko tam zatrudnieni.

Były sklepy dla górników, nieco gorzej zaopatrzone niż konsumy (ale i tak nieporównywalnie lepiej od tych dla „szarych’ obywateli). Tutaj można było znaleźć tzw. odrzuty z eksportu, czyli wyroby z wadami, dyskwalifikującymi je na każdym innym rynku niż polski. W latach 70. komuniści próbowali przekupić nie tylko górników, ale też np. stoczniowców gdańskich, stawiając fundamenty pod tzw. megasam (ówczesny supermarket) w miejscu, gdzie dzisiaj stoi Pomnik Poległych Stoczniowców 1970.

Uczciwie jednak trzeba przyznać, że na czasy ekipy Edwarda Gierka przypadają relatywnie najlepsze czasy dla handlu. Działało już więcej małych sklepów prywatnych, a magnesem w ich ofercie okazały się artykuły spożywcze zza żelaznej kurtyny – używki, gumy do żucia, słodycze. Państwowe i spółdzielcze placówki tez były lepiej zaopatrzone. Regularnie pojawiały się cytrusy, w tym kubańskie pomarańcze (te z niezliczoną liczbą pestek). O tym, że przypłynął statek z importowanymi owocami, zwłaszcza przed świętami ochoczo informowały reżimowe media. Niestety za ten „dobrobyt na wyrost” szybko przyszło nam zapłacić. Kraj zadłużał się niemiłosiernie, w dodatku w twardej walucie, czyli dolarach. Nietrafione inwestycje sprawiły, że nie było czym spłacać zobowiązań. Nadszedł kryzys lat 80.

Gospodarka niedoboru ciągle coś reglamentowała, stąd w sklepach kupowano na kartki. Niemniej dopiero w ostatnich latach minionego systemu zjawisko przybrało niespotykany wcześniej rozmiar. Aby dostać towar lepszej jakości, trzeba było mieć „chody” u sprzedawców. Z tego względu ta profesja budziła przede wszystkim respekt, ale już nie zawsze szacunek i uznanie konsumentów. Sprzedawcy byli panami życia, zatem popularne było nieco pogardliwe, odnoszące się do nich stwierdzenie: klient twój pies, zawsze przyjdzie.

W 1981 roku reglamentowano już: mięso, mleko, paliwo, alkohol, papierosy, cukier i słodycze, a nawet obuwie, ubrania czy pieluchy. Zabrzmi to może obrazoburczo, ale zdaniem niektórych historyków reglamentacja towarów w latach 80. miała o wiele większy zasięg niż podczas okupacji hitlerowskiej. Jednocześnie system kartkowy, choć utrudniał życie, w znacznym stopniu był akceptowany społecznie. Po pierwsze duża część Polaków wierzyła propagandzie peerelowskiej, wbijającej do głowy, że taki podział jest demokratyczny, bo każdy dostaje tyle samo. Zrezygnowani ludzie się zgadzali, że skoro produktów jest mało, to lepiej, żeby każdy dostał po równo. Modne było propagandowe hasło – wszyscy mammy równie żołądki. Po wtóre - o powszechne braki oskarżano spekulantów. Aby z nimi walczyć, powołano nawet specjalną Inspekcję Robotniczo-Chłopską, która kontrolowała sklepy, zbiory zbóż czy ubój mięsny. Zdrowy mariaż aktywu miejskiego i wiejskiego miał zapełnić półki sklepowe, ale to nie działało.

Mimo kartek oraz kontroli kolejki były wszechobecne. Stało się nawet po marne podroby – ogony, móżdżki czy stópki, a wątróbka uchodziła za rarytas. Nie pracowało się, a stało w „ogonkach”. Personel nie obsługiwał tylko „załatwiał” klientów, a jeszcze lepiej „petentów”. W ostatniej dekadzie PRL, podobnie jak cały kraj, poszarzały także sklepy. W okresie największego kryzysu I. połowy dekady na półkach nie brakowało jedynie octu i musztardy. Na artykułach spożywczych pojawiły się obskurne tzw. etykiety zastępcze – na cukrze od mąki. Doszło do tego, że brakowało nawet ziemniaków. Zamiast nich ohydne puree ziemniaczane – sama chemia. Na wystawach zamiast towaru straszyły atrapy, imitujące dawno niewidziane wędliny czy owoce.

Klienci swą frustrację mogli wyrzucać w tzw. książkach skarg i zażaleń, leżących w każdym sklepie w widocznym miejscu, często na sznureczku, przywiązane do gwoździa w ścianie, aby nikt nie ukradł tego swego rodzaju świadectwa czasu i sztuki epistolarnej. Absurd sytuacji najlepiej ukazuje następujący wpis: „Korzystając z tak wspaniałego udogodnienia, jakim jest książka skarg i wniosków, zapytuję jako obywatel PRL, dlaczego nie ma: 1. proszku do prania, 2. zwykłego mydła, 3. żyletek do golenia, 4. szamponu, 5. innych?" O sklepowej rzeczywistości świadczy inny zapis: Byłam w godzinach 10.00, 10.30, 11.00 oraz 11.40. Wciąż brak chleba. To samo w sklepie sąsiednim. Za to w zeszycie, w którym piszę, gnieździło się kilka prusaków". A wracając do witryn sklepowych - skarga z 1983 roku: „Na wystawie są wystawione różne sery żółte, ale w sklepie nie ma ich w sprzedaży. Co to za zwyczaj reklamowania towaru, którego nie ma w sklepie. Proszę o wyjaśnienie” Wyjaśnienie kierownika: „Sklep bierze udział w konkursie. Zrobiono więc wystawy konkursowe, na których umieszczono atrapy towarów. Samych towarów od dłuższego czasu niestety brak w sprzedaży”.  

Ale były tez pochwały: „W sklepie jest bardzo uprzejma i szybka obsługa, aż przyjemnie postać chwilę w kolejce. My, klientela stojąca obecnie w kolejce, dołączamy się do pochwał”
(poniżej 10 podpisów). 

Bez kartek, za to z bonami lub dolarami chodziło się do Peweksu albo Baltony. Tam było normalniej, ale na to mogli pozwolić sobie tylko nieliczni. Sklepowe braki i paradoksy skończyły się jak ręką odjął po 1989 roku.

Rafał Boruc

c.d.n.

Foto: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

Galeria: 
Kategoria: 

Podobne artykuły

Już 23 lipca o godz. 8 przy ul. Grunwaldzkiej 533-541 otwarty zostanie pierwszy sklep Lidl w Plewiskach o powierzchni sali sprzedaży około 1300 m2. Do obsługi sklepu zatrudnionych zostało około 25 osób. Placówka będzie czynna od poniedziałku do soboty w godzinach od 8:00 do 21:00, a w niedzielę od 9:00 do 18:00. Dodatkowo dla wygody naszych zmotoryzowanych klientów przygotowaliśmy 110 miejsc parkingowych.

Sprzedaż Grupy Eurocash wyniosła w I kwartale br. 5 mld zł, co oznacza wzrost o 7,5% w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r. Sprzedaż wspierana jest bardzo dobrymi wynikami w segmencie hurtowym, który zanotował wzrost o 7,2% r/r, jak również w segmencie detalicznym, który z uwzględnieniem dystrybucji produktów świeżych zanotował wzrost o 8% r/r.

X