Felieton - Prawo i polityka
Autor: Janusz Korwin-Mikke
PRAWO I POLITYKA
Bardzo wielu polityków uskarżało się i uskarża na Prawo: taki „wybitny socjalista", jak Włodzimierz I. Uljanow (ps. „Lenin") otwarcie mówił, że Prawo jest tylko niepotrzebną przeszkodą w skutecznym sprawowaniu władzy. I dokładnie to samo uważa się dzisiaj w całej Europie.
W gruncie rzeczy cała historia polityczna naszej cywilizacji sprowadza się do walki Administracji z Prawem, które hamuje jej (słuszne, rzecz jasna...) działania.
I politycy oraz urzędnicy skarżą się, że nie mogą skutecznie działać.
Tymczasem Prawo jest właśnie po to, by politycy i urzędnicy NIE MOGLI „skutecznie działać". Np. skutecznie zabronić mi kupować i sprzedawać w moim własnym sklepie; by nie mogli skutecznie wyrzucić mnie z mojego domu, bo właśnie Władzuchna ma chęć postawić tu Muzeum Sztuki Nowoczesnej albo kolejny biurowiec.
Jednak Władzuchna jest przekonana, że „dobro społeczne", czyli budowa muzeum, w którym będzie się pokazywać „płyny fizjologiczne artysty" (tak!!!) lub biurowca - jest znacznie ważniejsze od tego, że ja z moją rodziną chciałbym mieszkać w swoim domku czy mieszkaniu. Więc robi co może, by to Prawo obejść.
Metody są tu różne:
Za Lenina Prawa jako takiego po prostu nie było - każdy rozumiał („wicie-rozumicie"), że jak lokalny komendant CzeKa coś postanowił, to należało w godzinę się spakować i uciekać z nadzieją, że nas nie przesiedlą od razu na Kamczatkę.
Za Stalina Prawo istniało, ale też postanowienia Władzy ustawowo były ważniejsze od Prawa. Obydwa kodeksy - cywilny i karny - na początku miały paragrafik mówiący, że ich przepisy są nieważne, jeśli sprzeczne są z „dobrem społecznym".
A co to jest „dobro społeczne" - to wiedzieli partyjniacy i urzędnicy.
W okresie III Rzeszy Prawo istniało - ale „Przywódca" miał prawo wydawania dekretów - nieraz z mocą wsteczną. I było bardzo sprawnie - naprawdę! Ale „sprawnie" - to, jak wiemy nie znaczy: „dobrze"...
W obecnej Europie Prawo traktuje się jako narzędzie. Czyli Prawa się w zasadzie nie łamie... no, chyba, że trzeba. Ale w zasadzie nie. Bo nie trzeba. Jeśli Prawo mówi, że wolno mi handlować ogórkami, a Władzuchna właśnie uznała, że ogórki są niezdrowe, to po prostu zbiera się Sejm i Senat i zmieniają Prawo na: „Ogórkami handlować nie wolno". I gites: praworządność tryumfuje.
A czasem, jak trzeba, to Prawo działa i wstecz. Np. Art. 55 Konstytucji III RP głosił „Ekstradycja polskiego obywatela jest zakazana", ale gdy z Brukseli przyszedł rozkaz, to siedmiu polskich obywateli jak najbardziej wydano obcym państwom. I dopiero po kilkunastu miesiącach zmieniono ten punkt Konstytucji.
Aby Prawo mogło nas chronić, musi być stabilne. Dlatego od początku swojej działalności politycznej domagałem się jednej rzeczy - a jest to postulat doprawdy minimalny: Gdy już będziemy mieć w miarę dobre Prawo, to jego zmiana nie może nastąpić szybciej, niż po sześciu latach.
Ja sobie stawiam sklepik handlujący ogórkami, a Senat i Sejm uchwalają, że ogórkami handlować nie wolno. Trudno. Ale jeszcze przez sześć lat mogę!
I to by nas trochę chroniło przed dzisiejszą totalitarną władzą.
Oczywiście Praworządność to nie tylko stabilność Prawa. Będę jeszcze o tym pisał... Oj będę, bo jest o czym!