Temat miesiąca: Silni słabością
Autor: Rafał Boruc
SILNI SŁABOŚCIĄ
Po kilku latach posuchy przygraniczny handel się odrodził. Niestety nie wszędzie. Żniwa dotyczą rejonów graniczących z: Niemcami, Słowacją i Litwą, czyli mniej niż połowy polskich terenów przygranicznych. Dla handlowców dobre jednak i to, ponieważ silny do niedawna złoty sprawiał, że to rodacy szturmowali sklepy za granicą, a przygraniczny handel po polskiej stronie zamierał. Na szczęście kupcy potrafią przekuć słabość złotego w swą siłę.
Przygraniczni handlarze oraz eksporterzy to właściwie dwie grupy, którym bardzo słaby złoty nie przeszkadza. Zresztą handel przygraniczny tak naprawdę pełni funkcję swego rodzaju eksportu. Dzięki nie notowanej dotąd deprecjacji naszej waluty polskie produkty stają się bardzo atrakcyjne nie tylko dla obywateli krajów należących do strefy euro, ale jak widać także dla tych, których waluty nie ucierpiały wskutek kryzysu tak bardzo, jak nasza. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej nastąpiło znacznie ożywienie handlu przygranicznego. Nie było wolnych straganów, a wpływy z opłat targowych przekraczały najśmielsze oczekiwania. Handlowy boom trwał do 2006 r. Później było coraz gorzej, a wszystko przez coraz silniejszego złotego. W minionym roku część handlowców musiała zamknąć swe przedsięwzięcia. W okresie przedświątecznym kupcy narzekali na słabe obroty. Po Bo¬żym Narodzeniu do końca stycznia przygraniczne targowiska straszyły wręcz pustkami. Przełom nastąpił pod koniec stycznia. Zdaniem Jerzego Kireja, prezesa Stowarzyszenia Handlowców Targowisk Miejskich Odra w Słubicach, oprócz korzystnego przelicznika walutowego wpływ na przygraniczny handel mają też właśnie kończące się poświąteczne wyprzedaże w niemieckich sklepach. Pierwsze dwa miesiące roku to tradycyjnie dla branży handlowej najsłabszy okres, jednak tym razem sytuacja wygląda lepiej. – Przychody są porównywalne z grudniowymi, czyli większe o połowę od ubiegłorocznych. Dzięki temu zamiast zwijać biznes, nadal go prowadzę i zatrudniam cztery osoby – mówi Grzegorz Kaczmarek, właściciel kilku straganów w Zgorzelcu. Zwraca jednak uwagę, że nie ma mowy o takim szturmie klientów, jak było to niespełna 5 lat temu, po wejściu Polski do Unii Europejskiej. – Wprawdzie Niemcy kupują chętnie, ale widać, że czują już skutki kryzysu. Skrupulatnie liczą wydawane pieniądze. Kupują przede wszystkim artykuły pierwszej potrzeby, takie jak: chleb, nabiał, mięso, środki czystości czy tekstylia – mówi Kaczmarek. Ożywienie widoczne jest zwłaszcza na bazarach i targowiskach. Właściciele placówek handlu tradycyjnego także odczuwają większe zakupy sąsiadów zza Odry, ale oni mówią o wzroście przychodów z tego tytułu o 10-20%. Dzięki temu, że polskie paliwo jest znacznie tańsze od niemieckiego (w przeliczeniu o ok. 1,5 zł za litr) na zakupy do Polski przyjeżdżają Niemcy z miejscowości oddalonych od granicy nawet 100 km. Jazda autostradą zajmuje im niespełna godzinę. Tańsze paliwo znacznie zmniejsza koszty podróży, a zakupy to już czysta oszczędność pieniędzy. Nader często można zaobserwować scenkę przypominającą lata 80. w PRL. Inne są tylko rekwizyty, fabuła mniej więcej ta sama. Zatankowawszy bak po korek, przyjezdni wyjmują z bagażnika kanistry i z uśmiechem na ustach – dowodzącym ubicia dobrego interesu – napełniają je po korek. Na jednej eskapadzie do Polski można zaoszczędzić kilkadziesiąt euro. Od początku roku, kiedy to Słowacy weszli do strefy euro, polskie sklepy i targowiska okazują się dla nich nadspodziewanie tanie. A przecież jeszcze rok temu to Polacy jeździli na Słowację na tanie zakupy, a sąsiedzi przyjeżdżali tu z alkoholem, papierosami, kosmetykami czy obuwiem. Wtedy silny złoty cieszył słowackich handlowców. Dzisiaj nasila się ruch klientów w drugą stronę. W polskich rejonach przygranicznych w ostatnich tygodniach pojawiło się znacznie więcej samochodów ze słowackimi rejestracjami. Cel większości wizyt jest prozaiczny – zakupy przede wszystkim żywności, co dla sklepikarzy i bazarów stało się okazją do niespodziewanego zwiększenia obrotów. Sąsiedzi zza południowej granicy nader chętnie – wcześniej było to nie do pomyślenia – kupują materiały budowlane i sprzęt AGD. Co ciekawe, Słowacy rzadko płacą w euro. Mimo że w wielu polskich sklepach można już od dawna płacić w europejskiej walucie, zainteresowanie taką usługą nie jest zbyt duże z powodu niezbyt korzystnych kursów. O wiele korzystniejszy dla kupujących jest kurs kantorowy. Słowacy wolą korzystać z usług kantorów, a handlujący walutą cieszą się z dodatkowych klientów i wzrostu obrotów. Klienci z południa mają jeszcze jeden powód do robienia zakupów w Polsce – po wprowadzeniu euro, ceny na Słowacji poszły nieznacznie w górę. W rezultacie dla Słowaków za północną granicą zrobiło się tak tanio, jak jeszcze nigdy nie było. Podobnie rzecz ma się z Litwinami, którzy opróżniają polskie sklepy i stragany w północno-wschodniej części kraju. Kupują przede wszystkim artykuły żywnościowe i budowlane. Zwłaszcza w weekendy, targowiskowe i przysklepowe parkingi mają problemy z pomieszczeniem wszystkich pojazdów, ale także w dni robocze ruch jest większy niż zazwyczaj. Na rejestracjach samochodów widnieją najczęściej litery LT. Litwini kupują w dużych ilościach mięso, masło, jajka, banany, cukier, chleb – wszystkie te produkty są znacznie tańsze niż na Litwie. Dochodzi do takich sytuacji, że w supermarketach pojawiają się puste półki. Wprowadzono nawet ograniczenia w sprzedaży cukru i mąki. Po świeżych dostawach towaru kolejki do kas mają po kilkanaście metrów długości. – Nie możemy nic kupić, musimy stać w wielkich kolejkach, jak za komuny. Wszystko przez Litwinów – tego typu utyskiwania nie są rzadkością w suwalskich supermarketach. No tak, znowu wszystkiemu są winni ci ze wschodu. Po polskiej stronie ustawiają się też kolejki samochodów ciężarowych z litewskimi tablicami rejestracyjnymi, gdyż po zwiększeniu od stycznia na Litwie akcyzy na paliwo, w Polsce litr oleju napędowego jest tańszy nawet o 40 centów litewskich. Polacy nie jeżdżą już na zakupy na Litwę, choć jeszcze kilka miesięcy temu masowo to robili. Przygraniczni handlowcy już zacierają ręce, myśląc o wzroście zakupów przed świętami wielkanocnymi. Muszą jak najlepiej wykorzystać tę nadzwyczajną sytuację, bo nie będzie ona trwać wiecznie.