Temat miesiąca - Problemy handlowców
Autor: Rafał Boruc
HANDEL RATUNKIEM DLA CENTRÓW MIASTA
Centra miast umierają. Znika z nich handel, jeden z najbardziej miastotwórczych czynników. W jego miejsce na reprezentacyjnych ulicach, jak grzyby po deszczu pojawiają się oddziały banków, firmy kredytowe, biura doradztwa finansowego, salony z markową odzieżą, a także drogie restauracje i apteki. Handlowcy zamykają swe nieraz od wielu lat prowadzone sklepy, ponieważ nie wytrzymują wysokich stawek czynszowych. Władze większości miast przymykają na to oczy. Nie dociera do nich, że w centrum też mieszkają oraz pracują ludzie, którzy codzienne zakupy chcieliby robić w pobliskim sklepiku?
Nie tylko centra polskich metropolii, ale także mniejszych miejscowości stają się pustyniami handlowymi. Przy czym zależność jest taka, że im większe i bogatsze miasto, tym obszar pustynnienia większy. Wystarczy spojrzeć na Warszawę, gdzie nawet na drobne zakupy i po codzienną gazetę mieszkańcy ścisłego centrum muszą się pofatygować do Złotych Tarasów lub do... podziemia w okolicach Dworca Centralnego. To swoisty, a zarazem wymowny obraz drobnego handlu nie tylko w Warszawie, ale także w innych metropoliach kraju. Powodem rugowania drobnego handlu ze śródmieść są wysokie stawki czynszu, na opłacenie których kupców po prostu nie stać. Trudno się dziwić właścicielom prywatnych kamienic, że śrubują owe opłaty, skoro wolna gra rynkowa im na to pozwala. Nie sposób jednak zrozumieć postępowania władz miast, które nie muszą kierować się wyłącznie maksymalizacją zysku, windując stawki. Samorządy mogą ustalać preferencyjne czynsze w obiektach komunalnych, a takich w centrach miast nie brakuje. Przecież jednym z ich obowiązków jest kształtowanie koherentnej polityki umożliwiającej działalność drobnym przedsiębiorcom. Władze lokalne powinny także troszczyć się o wygodę swych wyborców, czyli mieszkańców. W centrach miast mieszka wiele starszych osób, które mają szczególne problemy z pokonywaniem większych odległości. A gdzie mają się zaopatrywać turyści o mniej zasobnym portfelu? Przecież nie każdego stać na codzienne „stołowanie się" w drogich restauracjach czy pubach. Czy, aby wypić w upalny dzień butelkę wody mineralnej lub coli, trzeba ją zamówić w kawiarni lub restauracji? To pytania wydawałoby się retoryczne, niestety takie nie są, gdyż problem staje się coraz poważniejszy - tym bardziej, im mniej przejmują się nim włodarze takich miast, jak: Warszawa, Łódź, czy Poznań. W stolicy śródmiejski Zakład Gospodarowania Nieruchomościami niedawno zaproponował handlowcom trzykrotną podwyżkę czynszu - z 40 zł za m2 do 120 zł na miesiąc. Wspaniałomyślnie podczas rozmów z najemcami ZGN zaproponował, by czynsz podwyższany był stopniowo przez dwa lata. Taka postawa urzędników zbulwersowała już nie tylko handlowców, ale także część radnych, którzy chcą ograniczyć podwyżki czynszów w lokalach. - Na całym świecie władze miast sprowadzają do centrów małe punkty usługowe. U nas jest odwrotnie, a przecież same banki i ekskluzywne sklepy uniemożliwiają mieszkańcom normalne funkcjonowanie - mówił „Życiu Warszawy" radny Grzegorz Walkiewicz. Część radnych chce, by mniej płacili właściciele sklepów spożywczych i niewielkich punktów usługowych. Ideałem byłby przykład odległej Wenecji, gdzie doskonale prosperują obok siebie liczne kawiarenki, restauracje, sklepy z pamiątkami i te zwyczajne z artykułami spożywczymi. Przeznaczone zarówno dla turystów oraz okolicznych mieszkańców. Ale dla naszych władz to mrzonki. Dlatego mieszkańcy bloków w okolicach ul. Świętokrzyskiej w Warszawie wzięli sprawy w swoje ręce i zaczęli zbierać podpisy pod petycją o pozostawienie dwóch pobliskich placówek handlowych. Zebrali już ponad pół tysiąca podpisów, a członkowie komitetu obrony sklepów są pewni, że zdobędą nawet kilka tysięcy. Ich argument brzmi mniej więcej tak - nikt nie chce chodzić po bilet, czy gazetę aż do Złotych Tarasów. Dla przybysza nieznającego Warszawy znalezienie sklepu spożywczego graniczy z cudem. Pozbawione sklepów są okolice Traktu Królewskiego. Także wzdłuż ul. Marszałkowskiej czy Alei Jerozolimskich na przestrzeni kilkuset metrów próżno szukać sklepu. Czynsze stały się już tak absurdalnie wysokie, że bankrutują nie tylko sklepy, ale także bardziej odporne puby i restauracje. Nie lepiej sytuacja wygląda w Poznaniu. Jakie remedium proponuje Ryszard Grobelny, prezydent stolicy Wielkopolski? Chce on utrzymać czynsze rynkowe, ale wybrane grupy przedsiębiorców otrzymywałyby dopłatę do nich od miasta. Chodzi właśnie o drobnych rzemieślników i właścicieli sklepów. Ważne, że władze miejskie dostrzegły w końcu problem prowadzenia handlu w centrum. Gorzej z jego rozwiązaniem. Według prezydenta Poznania wszyscy powinni płacić czynsz rynkowy, a miasto dopłaci do niektórych firm. Tylko jak przy takiej polityce planować długofalowe działanie i rozwój firmy mieszczącej się w miejskim lokalu. Dopłaty w zależności od nacisków różnych grup interesów będą się zmieniać. Przecież najemca musi co miesiąc mieć pieniądze na czynsz, wynagrodzenia, ZUS, podatki i media. Tymczasem miasto może przyznać dopłatę, ale nie wiadomo, na jak długo, w jakiej wysokości i na jakich zasadach. Żaden umiejący kalkulować kupiec, nie zdecyduje się na prowadzenie biznesu na tak chwiejnych, niejasnych zasadach. Generalnie Ryszard Grobelny jest przeciwny rozwojowi handlu w centrum. Podczas jednej z debat poświęconych przyszłości śródmieścia powiedział wprost, że „Trzeba się pogodzić z tym, że zmienia się funkcja centrum. Handel stąd znika, częściowo przenosi się do internetu, ale za to powstają puby i restauracje. Centrum przestaje więc być miejscem zakupów, a staje się miejscem spotkań". Podał też argument, że poznaniacy głosują nogami w sprawie sklepów w centrum i skoro ich nie odwiedzają, to znaczy, że są one niepotrzebne. Tymczasem to błędnie postawiona teza. Mieszkańcy nie bojkotują sklepów w centrum, ale samo centrum, w którym panuje drożyzna, a poza tym jest brudno i nudno. Trudno być zafascynowanym czymś, co oferuje tylko coraz większą liczbę oddziałów banków i biur. Problem pojawi się wtedy, gdy w końcu i te instytucje zaczną zamykać swe podwoje, ponieważ ludzie przestaną je odwiedzać z powodu niechęci do centrum. W uatrakcyjnieniu śródmieścia Poznania mogliby pomóc menedżerowie ulicy, którzy zajmują się m.in. wydawaniem gazetek promujących poszczególne ulice oraz organizowaniem festynów. To rozwiązanie, które funkcjonuje już w Łodzi. Tam swego menedżera ma ul. Piotrkowska. Jeszcze 10 lat temu tętniła życiem, stając się symbolem odrodzenia miast w postindustrialnym duchu. Niestety od kilku lat Piotrkowska zamiera, zlikwidowano część renomowanych sklepów. Zastąpiły je banki. Wieczorem, zamiast tłumu klientów pubów i restauracji, przemykają nieliczni przechodnie spieszący do pobliskich domów. Jako symbol ostatecznej degradacji Piotrkowskiej jawią się sklepy z tanią odzieżą, czyli lumpeksy oraz te oferujące „wszystko za kilka złotych". Zdaniem władz Łodzi regres do niedawna sztandarowej ulicy spowodowany jest otwarciem nowych centrów handlowych nieopodal. Chodzi zwłaszcza o nieodległe Galerię Łódzką i Manufakturę. Tak jest we wszystkich większych miastach, w których rolę centrów miast przejęły centra handlowe. To teraz tam kwitnie życie rozrywkowe, towarzyskie i zakupowe. Podupadaniu całych rejonów centrów miast można zaradzić, czego dowodzi przykład Krakowa. Tam handel w centrum ma się bardzo dobrze i sprzyja ożywieniu śródmieścia. Na ul. Floriańskiej czy Grodzkiej, obok restauracji, pubów świetnie funkcjonują liczne sklepiki. Pisaliśmy o tym w poprzednim numerze „Poradnika Handlowca". Gorącym orędownikiem rozwoju małych sklepów w Krakowie okazuje się Jacek Majchrowski, prezydent grodu Kraka. W mieście duże znaczenie przywiązuje się do Programu Wspierania Rozwoju Małej i Średniej Przedsiębiorczości. Dzięki niemu m.in. kupcy mogą liczyć na pomoc urzędników w kwestiach administracyjnych, korzystne warunki finansowania działalności, a także atrakcyjne lokalizacje dla sklepów. Miasto uczestniczy w konkursie „Mój ulubiony sklep spożywczy". Zdumienie i zazdrość kupców z innych miast Polski musi budzić pasaż przy ul. Grodzkiej powstały z przebudowy dwóch kamienic. Przykład Krakowa pokazuje, że w centrach miast możliwa jest koegzystencja różnych form działalności. Taki harmonijny rozwój sprzyja rewitalizacji tych rejonów. Sprawia, że tętnią one życiem, ponieważ odwiedzają je nie tylko turyści, ale także tubylcy, którzy w miłej atmosferze chcą spędzić czas, bądź dokonać codziennych zakupów. Centra miast nie mogą stać się miejscami atrakcyjnymi wyłącznie dla klientów banków. Miasta Europy Zachodniej już zawróciły z tej drogi. Rewitalizują swe centra, zachęcając przedsiębiorców do otwierania sklepów, tanich restauracji, kawiarenek, pubów, sklepików z pamiątkami, itp. Dzięki tym działaniom tworzy się lokalny, niepowtarzalny klimat miejski. Nam pozostaje wywieranie społecznego nacisku na włodarzy miejskich zarówno przez grupy mieszkańców, jak i organizacje kupieckie. Te dwie grupy powinny przedstawiać swe propozycje, a nie tylko narzekać. Razem tworzą ogromną siłę, której w obliczu przyszłorocznych wyborów samorządowych rządzący nie mogą zlekceważyć.