piątek, 10 lutego 2012,
 
ZDANIEM NRZHiU

Zdaniem NRZHiU - Czy zaproszony…


Autor: Tomasz Uchman, Dyrektor Generalny NRZHiU

CZY ZAPROSZONY...

Wrócił Sejm, za chwilę wróci Senat. Już zaraz zacznie się wytężona praca nad naprawianiem świata, prawa i życia wokół nas.

Na tym tle warto się czasem zastanowić nad dialogiem społecznym i - jeśli istnieje on w RP - jaka jest jego jakość. I - co może ważniejsze - kto tu jest gospodarzem w tym dialogu, a kto zaproszonym gościem? I dalej - czy zaproszony może mieć własne zdanie na temat tematów dyskursu, czy może się z gospodarzem nie zgadzać w kwestiach zasadniczych, czy może mieć własny pogląd na tematy ogólne? Także w sprawie metody mającej prowadzić do szczęścia. Co robić, gdy gospodarz dialogu wrażliwy i drażliwy, gdy obawia się, że argumenty ma słabe, a w odwodzie zostaje tylko argument siły? Czy gość - wiedząc o tym - powinien miarkować poglądy na miarę gospodarza, cenzurować poglądy i zachowywać tzw. poprawność? Czy dialog od tego kwitnie, czy zamiera?

Dylematy z autocenzurą przychodzą na myśl wówczas, gdy pojawia się trudny problem, co do którego nie ma zgody, a jedna ze stron najchętniej operuje argumentem siły. Trudno o porozumienie, bo w takiej sytuacji nie sposób przedstawić wszystkie argumenty. Dyskusja staje się trudna, albo wręcz niemożliwa.

Jeszcze trudniej jest wówczas, gdy dwie strony rozmawiają ze sobą nie wprost, mówiąc na ten sam temat, ale do różnych audytoriów.

A oto trzy przykłady takiej „rozmowy".

Władze Ciechanowa postanowiły, że jedną z ważniejszych ulic w tym mieście zamkną dla ruchu kołowego i powstanie deptak. Jak postanowiły, tak zdecydowały zrobić. Kupcy i mieszkańcy zaniepokoili się dopiero wtedy, gdy rozpoczęto roboty budowlane, bo informacje o tym wisiały na tablicy w urzędzie i mało kto je widział. Powołano komitet, zaproszono do współpracy prawników i ekspertów. Rewolucyjnej zmiany w mieście nie da się powstrzymać, ale może da się uzyskać chociaż tyle, że da się dojechać z towarem do sklepu i chorą babcią do domu? Piękno pięknem, kostka Bauma ponad wszystko, ale żyć trzeba. A jak żyć, kiedy nikt nie przyjdzie, bo po co i nikt nie przyjedzie, bo jak? Wokoło kwitną markety, to po co sklep na deptaku? Tam wielkie parkingi, a tu nie ma gdzie stanąć, bo władza obiecała, że najpierw parkingi, a potem deptak, ale coś nie wyszło i kolejność będzie odwrotna. Jak rzecz się skończy, nie wiadomo, bo władza rozmowie niechętna, kupcy nieustępliwi, a kostki coraz więcej.

Ważne jest to, że władze mówią do innej publiczności, a kupcy do innej i nie mogą się spotkać. Władze przemawiają do innych władz i chcą pokazać swą skuteczność i bezkompromisowość w zmienianiu świata i czynieniu dobra. Kupcy zaś mówią do innej publiczności, bo dzieje się im krzywda, ponieważ nikt ich nawet nie zapytał, jak sprawić, by zamknięta ulica żyła. Tą publicznością jest nieuchwytna opinia publiczna.

Drugi przykład rozmowy z różnymi adresatami to pomysł, który podobno (?) wypłynął z Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Chodzi o wyrównanie marż na produkty spożywcze naszej polskiej ziemi. W pomyśle tym producenci dyktowaliby handlowi ceny na kefir, kiełbasę myśliwską i ser gouda. Pomysł świetny, bo nierewolucyjny. To już było, ale ma wrócić. I to jest pomysł skierowany nie do bezpośrednich odbiorców tego pomysłu, czyli kupców, lecz do rolników, klientów sklepów spożywczych. Ale za to pod hasłami: łapaj złodzieja i żeby żyło nam się taniej! I znów - Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie rozmawia w tej sprawie ze środowiskiem kupców, handlowców etc., lecz wspomina o pomyśle w korespondencji, w informacjach do prasy, wypowiedziach oficjalnych przedstawicieli urzędu. A środowisko handlu znów zanosi prośby do ministra, żeby zechciał porozmawiać na ten temat. I nagle, niespodziewanie okazuje się, że - bez rozmowy z zainteresowanymi - ministerstwo (podobno!) wycofało się z pomysłu, ponieważ (podobno!) jest on - ten wniosek - nie do zrealizowania. I to jest pocieszające, że oczywiste potrafi się przebić ponad wolę polityczną.

I wreszcie trzeci pomysł. Środowisko skupione wokół Związku Gmin Wiejskich RP wymyśliło, żeby prawo powielaczowe, czyli gminne pomysły na zagospodarowanie terenów stały ponad ustawą o ochronie gruntów rolnych i leśnych, bo tam są działki. Innymi słowy - jeśli wójt lub gminny geodeta wymyślą, żeby ten zagajniczek zabudować, to automatycznie zostanie on odlesiony. Do kogo mówią byli wójtowie, którzy zachowali wpływy w swoich gminach? Do sobie podobnych deweloperów. A do kogo ma mówić Kowalski, który chciałby zachować zagajniczek, bo tam ptaszki śpiewają?




Nowości na rynku FMCG
Aktualności
Projekt i wykonanie: a-tech.pl
Copyright by Poradnik Handlowca 2009 (c), wszystkie prawa zastrzeżone!