| Poradnik Handlowca |
| Wywiady: Rozmowa z Prezesem Zarządu sieci „Jedynka” Janem Jurkiewiczem |
| Autor: Jacek Ratajczak |
WŁÓŻMY W TO, CO ROBIMY, SERCE
Jacek Ratajczak: Zaczynał Pan swą działalność w handlu detalicznym w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Firma miała wówczas jeden sklep o powierzchni 180 m². Czasy były wówczas mało stabilne, polska gospodarka dopiero dostosowywała się do reguł wolnego rynku. Z jednej strony wysoka inflacja utrudniała działalność, z drugiej strony konkurencja była niewielka. Jak Pan z perspektywy czasu wspomina tamten okres? JAN JURKIEWICZ: Mówi się, że początki są zawsze trudne. Tak było i tym razem. Po trzyletnim pobycie za granicą przywiozłem razem z żoną trochę dolarów, które w owym czasie już nie miały tej wartości w Polsce, co przed wyjazdem. Przywiozłem za to coś więcej: wiedzę, a właściwie dewizę, że na tym świecie nic nam się nie należy za to tylko, że jesteśmy – na wszystko trzeba zapracować samemu. Jak patrzę na to, co się dzieje wokół, to wydaje mi się, że wielu do dzisiaj tego nie rozumie i zamiast zakasać rękawy i brać się do roboty, to dalej narzeka. A my zrobiliśmy tak – po otwarciu pierwszego niedużego sklepu od świtu, a na początku to i przed, do nocy dbamy o klientów. Konkurencję akurat to od początku mamy sporą, bo naprzeciw naszego małego sklepu funkcjonował już 1000-metrowy Market, ale dzięki temu, że klient u nas to zawsze Pan, po kilku latach wykupiliśmy konkurencję i od tamtej pory się rozwijamy. Ukoronowaniem tamtego okresu było przyznanie jednej z placówek firmy tytułu w ogólnopolskim konkursie „Sklep Roku 98” i w 2000 r. tytułu: „Najlepszy Sklep Dekady”. Również „Poradnik Handlowca” docenił Pańskie starania, honorując Pańską działalność symbolicznym popiersiem cesarza Napoleona. Jakie czynniki zaważyły, że placówki handlowe zarządzane przez Pana zostały tak wysoko ocenione? Tak, jak już mówiłem, przede wszystkim dbamy o klienta. I to przełożenie na szereg zachowań pracowników i niedopuszczenie do pewnej rutyny procentowało i w relacjach nieraz trudnych z klientem i na linii kadra kierownicza – pracownik. Oceniano również znajomość marki sklepu wśród mieszkańców regionu i wiele standardowych cech, jak wygląd sklepu, czystość, innowacyjność itd. Pamiętam, jak przyjechała oceniać nas Pani Małgorzata Niepokulczycka z Federacji Konsumentów, która była członkiem Jury. Mnie akurat nie było i żona bardzo się denerwowała, żeby wszystko wypadło jak najlepiej i choć wizyta była niezapowiedziana, to wszystko poszło dobrze. Gdy później – już po wręczeniu nagrody w Warszawie – pytałem, co zadecydowało, że w tak szacownym gronie konkurentów wypadliśmy najlepiej, to nie było odpowiedzi wprost, ale Pani Małgorzata Niepokulczycka nie mogła wyjść z podziwu, że nawet do ochrony zatrudniamy niepełnosprawnych na wózkach, a to przecież sprawni ludzie, nawet w sporcie odnoszą sukcesy. Później bywało gorzej. Do rzeszowskiego sądu wpłynęły dwa wnioski o ogłoszenie upadłości sieci sklepów „Jedynka”, ale udało się Panu zażegnać kryzys. W jaki sposób przełamał Pan impas? Oczywiście były przez te lata i chwile ciężkie. Wnioski, o które Pan pyta były bezzasadne, ale sensacja podchwycona przez media zrobiła wiele złego, przez lata borykaliśmy się z płatnościami, kredytami, komornikami i tylko dzięki wytrwałości i wierze w to, że się powiedzie, udało się zażegnać kryzys. Tak, że gdy dzisiaj słyszę o kryzysie, to się uśmiecham. Cały czas sieć sklepów funkcjonuje na zasadzie firmy rodzinnej. Czy Pańskim zdaniem formuła firm rodzinnych ma przed sobą przyszłość, chociaż nie cieszy się względami władz i urzędników? Co należałoby zrobić, aby poprawić los polskich firm rodzinnych? Firma, czy raczej grupa firm, dalej działa w oparciu o rodzinę. Przecież najwięksi konkurenci, to też firmy rodzinne organicznie rozwijane i tego staramy się nie zapomnieć. Jeżeli chodzi o przepisy i co trzeba by zmienić, to już temat na oddzielną rozmowę. Niestety, zamiast ułatwiać, to dokłada się coraz więcej przepisów nie do końca jasnych i przejrzystych. W tej chwili jedna przemiła Pani Radca Prawna pracuje na pełny etat i dwóch Radców reprezentuje nas na zewnątrz. Szczególne uznanie budzi fakt, że stanął Pan do konkurencji z zagranicznymi operatorami, jeśli chodzi o wielkość placówek handlowych. Sklep w Rzeszowie ma 4200 m2, zaś drugi pod względem wielkości w Mielcu ma 3500 m2. Skąd ten pomysł? Nie obawiał się Pan, że nie sprosta konkurencji? Niestety w ślad za wspomnianymi już wnioskami o upadłość, banki również zażyczyły sobie szybkiej spłaty kredytów i to nawet tych obrotowych, a właśnie na kredytach oparliśmy przecież swój rozwój. Musieliśmy sprzedać te dwa najstarsze obiekty konkurencji. Rzeszowski sklep kupił „Bać-Pol” i tam ma teraz swoją siedzibę, a obiekt w Mielcu kupiło Tesco, dzięki temu uniknęliśmy najgorszego, szkoda tylko, że do dzisiaj jeszcze nie mają czasu, żeby się do końca porządnie rozliczyć. Obecnie w ramach sieci działa ponad 20 sklepów własnych. W sieci oprócz hipermarketów znajdują się także placówki, które zaliczyć można do segmentu supermarketów w przedziale 500-2250 m2 oraz „maluchy” przy tych poprzednich – po 120 m2 powierzchni handlowej. Z czego wynika taki rozrzut w metrażu? Czy to celowa dywersyfikacja formatów? Obecnie mamy 23 sklepy zlokalizowane na terenie województwa podkarpackiego. Największy to ten nagrodzony z tytułami, który udało nam się obronić, pozostałe są mniejsze – od 100 m2 do 1000 m2, zawsze blisko klienta. Bo jak to wszyscy wiemy przy sklepach najważniejsze są trzy rzeczy: lokalizacja–lokalizacja–lokalizacja. Sieć dysponuje łączną powierzchnią handlową około 12 000 m². To wymaga już odpowiedniej logistyki, profesjonalnej kadry. Jak Pan sobie poradził od tej strony? Mam szczęście do ludzi i to dzięki nim, pomimo nieraz ciężkich chwil, i ciągłemu rozwojowi, daję radę. Doświadczenie i zdobyta wiedza pomagają nam w tym, a nowoczesne kanały dystrybucji czekają. Zaryzykował Pan również sprzedaż przez Internet, którą stosują nieliczni handlowcy detaliczni, głównie sieci delikatesowe. Czy da się na tym zarobić, czy polskie społeczeństwo śmiało korzysta z tej propozycji? Uruchomienie sklepu internetowego było odpowiedzią na zapytania i zapotrzebowanie klientów. Sklep internetowy funkcjonuje na bazie największego sklepu sieci „Jedynka” przy ul. Podwisłocze 30, gdzie istnieje nasze centrum logistyczne, skąd dostarczane są artykuły spożywcze oraz pizza. Sklep internetowy funkcjonuje już dwa lata i jest pierwszym internetowym sklepem z artykułami spożywczymi, uruchomionym w Rzeszowie. Na Gali 10-lecia Polskiej Izby Handlu w listopadzie 2007 r. otrzymał Pan statuetkę Polski Kupiec za rozwój handlu na Podkarpaciu. Jest Pan laureatem licznych nagród i wyróżnień, m.in. Biznesmen Roku. Jaka dewiza przyświeca Pańskiej działalności i jakie rady chciałby Pan przekazać osobom, które chcą prowadzić sklep? O pewnych dewizach już wspomniałem – nagrody oczywiście cieszą, wyróżnienia mobilizują. Nie to jest jednak najważniejsze. Ważne jest, aby zawsze działać tak, żeby się później swoich działań nie wstydzić. Z perspektywy czasu widać, że pewne rzeczy można było zrobić lepiej, pewne przewidzieć. Gdybym miał komuś doradzać, zwłaszcza w otwarciu sklepu, powiem tak, że nie wystarczy kupić czy wynająć lokal, wyposażyć, urządzić, wstawić towar i już będzie się sprzedawać. Jeżeli znajdziemy tę najlepszą lokalizację, to włóżmy w to, co robimy serce i dbajmy o klienta, a na pewno się uda. Na co szczególnie handlowcy powinni zwracać uwagę w okresie zapowiadanego spowolnienia gospodarczego i jak Pan stara się zapobiegać symptomom recesji w gospodarce polskiej? Jak większość zdarzeń, symptomów i innych rzeczy, recesja jest w dzisiejszych czasach natychmiast globalnie podsycana i do niebotycznych rozmiarów rozdmuchiwana przez media. Media z tego żyją. Niedawno usłyszałem pewną odpowiedź redaktora jednej z gazet na pytanie, dlaczego ciągle na pierwszych stronach pokazują zabójstwa, kataklizmy i wypadki. Otóż odpowiedział, że nic tak nie ożywia gazety, jak TRUP. Traktujemy to, co się dzieje wokół z wielką powagą, ale nie dajmy się zwariować. Trochę optymizmu, a będzie dobrze.
|