Łukasz Kotecki, współwłaściciel Piekarni Bręczewski
Data: 2011-05-10
ZAWSZE MOŻEMY NA SOBIE POLEGAĆ
Nazwisko Ludwika Bręczewskiego dla wielu pokoleń poznaniaków to synonim wyśmienitego pieczywa. Ale już mało kto pamięta, że znany piekarz przed wojną nie tylko zaopatrywał w świeże bułki i chleb prawie połowę miasta, ale i wytwarzał piece piekarnicze pod marką Piec Polski. Choć legendarne przedsiębiorstwo zlikwidowano ponad 60 lat temu, rodzinne tradycje kontynuują wnuki i prawnuki. O przedwojennej historii, powojennych kłopotach i o tym, jak handel przeplata się z piekarnictwem, rozmawialiśmy z Teresą Kotecką i jej synem, Łukaszem.
Katrzyna Teleżyńska: Nazwisko Ludwika Bręczewskiego jest znane wielu pokoleniom poznaniaków...
Teresa Kotecka: Przed wojną dziadek, Ludwik Bręczewski był jednym z pierwszych rzemieślników w Polsce, którzy wytwarzali piece piekarnicze. Ze swojej piekarni na ul. 23 Lutego, a potem także z Puszczykówka, zaopatrywał w pieczywo prawie połowę Poznania. Oprócz tego prowadził sklep cukierniczo-piekarniczy i cukiernię Ludwiżankę na pl. Wiosny Ludów. Dziadek był menadżerem z prawdziwego zdarzenia. To, co zarobił, inwestował, a wszystko z myślą o rodzinie. Przedsiębiorstwo prosperowało kilkadziesiąt lat do czasu, aż po wojnie majątek zabrało państwo, rujnując wszelkie plany. W miejsce piekarni w latach 50-tych powstała piekarnia numer 6 Społem, która później przekształciła się w Fawor.
Na początku lat 90-tych nadarza się jednak okazja odzyskania sklepu, z której Pani korzysta...
TK: W dużej mierze odważyłam się na ten krok za przyczyną ojca, który niezmiernie kultywował rodzinne tradycje i całe życie nie mógł przeboleć straty rodzinnego majątku. Uważał, że skoro pochodzimy z rodziny o korzeniach rzemieślniczo-handlowych, to powinniśmy kontynuować dzieło rozpoczęte przez dziadka Bręczewskiego. Gdy w 1991 r. na ul. 23 Lutego otworzyliśmy pierwszy sklep piekarniczy, w miejsce tego sprzed 50-ciu lat, pod tą samą nazwą L. Bręczewski, ojciec nie krył wzruszenia. Ojciec, z wykształcenia ekonomista, pomimo wieku bardzo zaangażował się w prowadzenie sklepu. Potrafił zawsze trafnie doradzić, ukierunkować. Poza tym prowadził księgowość, rozliczał kasę. Poddał się dopiero w momencie, jak wprowadzono Vat.
Z otwarciem wiąże się ciekawa anegdota. Czy może Pani ją opowiedzieć?
TK: Nazwisko dziadka to była i jest marka, którą kojarzy wielu mieszkańców Poznania. Nie było więc żadnego ale, gdy zastanawialiśmy się nad nazwą. Problem pojawił się jednak przy projekcie graficznym logo. Chcieliśmy, aby podkreślało historię i tradycję marki rodzinnej. Uznaliśmy, że najbardziej czytelny będzie podpis dziadka. Skąd jednak po tylu latach go wziąć? Na szczęście zachowałam zabytkową łyżeczkę z kawiarni Ludwiżanka, na której była wygrawerowana sygnatura.
Sklep działa już prawie 20 lat. Lokalizacja niełatwa, ale działacie prężnie. Co stoi za tym sukcesem?
TK: Na początku sprzedawaliśmy wyłącznie pieczywo i wyroby cukiernicze. Chcieliśmy pozostać wierni tradycji. Za czasów dziadka w jednej części mieściła się kawiarnia, w drugiej sklep piekarniczy. Klienci dopytywali się jednak o inne produkty, więc systematycznie zaczęliśmy poszerzać asortyment. Nasza dewiza to jakość i elastyczne dopasowywanie siędo potrzeb klienta.
Czy nazwalibyście się Państwo rzemieślnikami czy handlowcami?
TK: Mimo wszystko chyba rzemieślnikami. Mój drugi dziadek od strony mamy również był piekarzem i posiadał piekarnię w Puszczykówku. W 2003 r. mój brat zaczął produkować pieczywo w dawnej piekarni dziadka obok sklepu na ul. 23 Lutego, którą przejął od Fawora. Po śmierci brata interesem zajął się mój starszy syn, Łukasz.
W wielu firmach rodzinnych częstym problemem jest sukcesja. Jak było w Państwa przypadku?
TK: Już jakiś czas temu przekazałam pałeczkę starszemu synowi. Można powiedzieć, że to on jest mózgiem firmy. Ja kieruję sklepem na ul. 23 Lutego, Łukasz odpowiada za piekarnię i dwa pozostałe punkty na ul. Zeylanda i Stróżyńskiego. Rodzinną tradycję postanowił kontynuować również mój młodszy syn, który z zawodu jest informatykiem. W zeszłym roku, po powrocie z Irlandii otworzył czwarty sklep na ul. Kościelnej. To jednak Łukasz w największym stopniu kreuje kierunki rozwoju firmy i odpowiada za pozyskiwanie nowych klientów.
Łukasz Kotecki: Problemem wielu piekarni, dostarczających pieczywo do małych sklepów, jest to, że ich produkty giną wśród innych, pochodzących od konkurencyjnych producentów. Jedynym rozwiązaniem jest poszukiwanie nowych kanałów sprzedaży, dlatego postanowiłem rozwijać mini sieć własnych sklepów spożywczo-piekarniczych i dostarczać pieczywo do gastronomii. Oczywiście wszystkie nowe pomysły wdrażam po konsultacji z mamą. Jeśli pojawiają się problemy, w chwilach zawahania, gdy trzeba podjąć jakąś strategiczną decyzję, zawsze mogę liczyć na jej wsparcie i doświadczenie.
A gdy natrafiacie na kwestie sporne?
ŁK: Rozwiązujemy je podczas narady rodzinnej.
Czy od początku chciał Pan kontynuować rodzinne tradycje?
ŁK: Można powiedzieć, że wychowałem się między zapleczem, sklepem a piekarnią. Już od najmłodszych lat pomagałem rodzicom. Pamiętam, że wielką radość sprawiało mi metkowanie towaru. Wejście do sklepu łączyło się z piekarnią, także miałem dostęp do wszystkich pomieszczeń. Mogłem podglądać proces produkcji pieczywa, co było niezwykle interesujące. Całe życie korciło mnie jednak, by zrobić coś w związku z motoryzacją. Tym bardziej, że w tym kierunku jestem wykształcony. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się zrealizować te plany.
Jest Pan bardzo kreatywny. W sklepie na ul. Stróżyńskiego jest kącik kawiarniany, jakby nawiązanie do pomysłu pradziadka, ciekawy wystrój wnętrz i aranżacja asortymentu, przed sklepem parking samochodowy i dla rowerów, ławeczka, do tego oryginalna oferta pieczywa, np. chleb paprykowy czy rajski z jabłkiem...
ŁK: Klient dyktuje nam kierunki rozwoju. Stale coś nowego wymyślamy, żeby uatrakcyjnić ofertę i pozyskiwać nowych klientów. Pieczywo wytwarzamy typowo naturalnym sposobem. Sami tworzymy zakwas, nie używamy ulepszaczy. Co rusz wprowadzamy innowacje, np. chleb z warzywami, owocami, ziołami.
Czy udaje się Państwu zachować granicę między życiem zawodowym i prywatnym? To z pewnością bardzo trudne?
ŁK: To, że zacierają się granice między życiem osobistym a zawodowym, ma swoje zalety i wady. Rodzinna firma to ostry dyżur 24 godziny na dobę. Zaletą jest jednak to, że mamy ze sobą większy kontakt na co dzień i silniejszą więź. O sile firm rodzinnych i ich szczególnej roli w gospodarce decyduje jedność, tradycja rodzinna, zaufanie i przeświadczenie działania w jednym wspólnym celu. Zawsze możemy na sobie polegać. To bezcenna wartość, która pozwala utrzymać się na rynku wszystkim familijnym biznesom.
Dziękuję za rozmowę.
Galeria